Andrzej Trojanowski. Wspomnienie PDF Drukuj Email
Wspominamy Zmarłych
sobota, 11 listopada 2017 20:41

Andrzej Trojanowski (1954-2017)Każde, jak pamiętam, spotkanie z Nim - z Andrzejem - było dla mnie świadectwem człowieka, który prawdziwie i naturalnie żyje wiarą, i to z radością nie tylko widoczną zewnętrznie, ale także odczuwaną wewnętrznie. Ten Jego charakterystyczny uśmiech, pełen dobroci, razem z błyskiem w oku, dobre słowo - to skojarzenia - którym towarzyszy także pokój serca - gdy myślę o Andrzeju. Wiem, że był człowiekiem modlitwy, że wiele z siebie dawał w odniesieniu do Kościoła, szczególnie w odniesieniu do Sióstr Karmelitanek Bosych, żyjących w klasztorze przy ul. Karłowicza niedaleko wrocławskiego Stadionu Olimpijskiego. Wiem, że Andrzej pomagał Siostrom Karmelitankom w wielu sprawach. Ciekawe, że Andrzej lubił obdarowywać innych, choć sam żył bardzo skromnie. Polegało to - w moim doświadczeniu - na tym, że "nie wiadomo skąd i jak" nagle czułeś w ręku cukierka od Niego, i to bardzo dobrego. Myślę, że to był jakiś przejaw tej Dobroci, jaka mieszkała i mieszka w Jego sercu - która pochodzi od Ducha Świętego.

Milleniusz

Przez pewien czas bywałam mniej lub bardziej regularnie na "siódemkach" w kościele Świętej Rodziny. Po Mszy ci, którzy znali się z Płomienia, wychodzili na placyk przykościelny i gawędzili - czasem krócej, czasem dłużej, ale zawsze choć na chwilę zostawało się, by uściskać pozostałych. Andrzej był w tym gronie; dość często wyczarowywał cukierka czekoladowego, którego dostawałam na odchodnym. Miał w sobie dużo ciepła i naturę gawędziarza, choć nigdy nie koncentrował rozmówców na sobie samym. Gdy stopniowo dowiadywałam się o Nim więcej, nabierałam szacunku i uznania, bo dźwigał sporo trudności. I tak trwała sobie wówczas mała, nieformalna kilkuosobowa wspólnotka siódemkowiczów, która była mi bliska. Po zmianie mieszkania już nie bywałam na porannych Mszach w Świętej Rodzinie, ale gdy zdarzało mi się spotkać Go przy jakiejś okazji, wciąż miałam poczucie, jakbyśmy widzieli się zaledwie wczoraj. Nazywał mnie "Księżniczką" albo "naszą Marysią".  Czasem proszę Andrzeja, by się za mnie modlił - i wiem, że się modli, jest obecny.

Marysia

Andrzej. Był niemal zawsze - jeśli nie na Siódemce, to na Dziewiątce, jeśli nie w Świętej Rodzinie, to na Wittiga… Często po Mszy spotykaliśmy się - na kilka zdań jeśli był czas, a jeśli nie, to przynajmniej na uściśnięcie dłoni. A to uściśnięcie niejednokrotnie nie było zwykłe - pozostawało po nim w dłoni coś, niespodzianka: cukierek, czekoladka… Taki znak życzliwości, sympatii - po prostu. I na twarzy Andrzeja pojawiał się uśmiech.

Niewiele mówił o sobie, więc też niewiele o Nim wiem. Czasem rozmawialiśmy dłużej - i wtedy mówił o swoim codziennym cierpieniu … To były rzadkie momenty wynurzeń.

Jako szafarz byłem kilka razy w Jego mieszkaniu - z Panem Jezusem do Jego Mamy. Stąd wiem, że miał bardzo trudne warunki do życia, chyba można powiedzieć, że krańcowo trudne. A mimo to służył pomocą jeśli tylko mógł, choć z tego co mówił wynikało, że często był to wysiłek ponad Jego siły.

Poruszał się zazwyczaj korzystając z roweru. Tak - rower bardzo mi się z Andrzejem kojarzy. Zwyczajny, prosty rower, który nadawał się do użytku jedynie dzięki nadzwyczajnym zdolnościom majsterkowania.

Andrzej. Był niemal zawsze - jeśli nie na Siódemce, to na Dziewiątce, jeśli nie w Świętej Rodzinie, to na Wittiga… Teraz Go nie ma. Ale wierzę, że choć tutaj spotkać Go nie można, jest Tam, gdzie już Go nic nie boli. I może jeździ na jakimś markowym niebieskim rowerze - kiedy tylko ma na to ochotę.

Zbyszek

Z wielkim wzruszeniem przeczytałam wspomnienia o śp. Andrzeju Trojanowskim napisane przez uczestniczących w codziennych "siódemkach". Nie brałam udziału w tych spotkaniach, więc nigdy też nie byłam obdarowana cukierkiem. Ale przy każdym spotkaniu z Andrzejem słodyczą było jego uprzejme spojrzenie na powitanie, skinięcie głowy i uśmiech. Zwykłam pytać o zdrowie jego Mamy, Haliny Trojanowskiej, poetki, którą znałam z Klubu Seniora. I przekazywałam przez niego serdeczne pozdrowienia - taki skromny dowód pamięci.

W parafialnym Piśmie "U Świętej Rodziny" wielokrotnie z różnych okazji były drukowane jej rymowane wiersze pisane piękną, prostą polszczyzną, układane z głębi serca i pobożnych a patriotycznych myśli. Od niej wiem jaki był Andrzej. Często go wspominała, tęskniła za nim, gdy mieszkał poza Wrocławiem, martwiła się, gdy stracił pracę, cieszyła się, gdy przyjeżdżał, pomagał jej wtedy w domowych sprawach, naprawiał co się zepsuło, a przede wszystkim był. Cichy, ciepły, serdeczny, pomocny i towarzyszący w modlitwach. Najbardziej ulubioną i stałą odmawianą 100 razy dziennie - jak mówiła Halinka - była modlitwa za dusze w czyśćcu cierpiące.

W byciu Andrzej bardzo podobny był do swojej Mamy - cichy, spokojny, pokorny i nieśmiały, ale bardzo serdeczny - w spojrzeniu przede wszystkim, ale i w dobrym słowie. Nigdy nie narzekał, chociaż był chory od dawna.

Jego ostatnie pożegnanie, to pożegnanie świętego - pomyślałam, patrząc na trumnę tonącą w samych białych kwiatach, wśród których jeden z wieńców był od Sióstr Karmelitanek - jakże piękne podziękowanie. We Mszy Świętej pogrzebowej uczestniczyło bardzo dużo osób i przyjęło Komunię Świętą w intencji Zmarłego. Śpiewaliśmy: "Zwycięzca śmierci, piekła i szatana" - pieśń zmartwychwstania, wierząc, że jest ono już udziałem śp. Andrzeja. Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie!

Małgorzata

Jeśli chcesz podzielić się swoim wspomnieniem o Andrzeju, napisz na adres: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. .

Zmieniony: czwartek, 01 listopada 2018 18:47
 
RocketTheme Joomla Templates